Z pamiętnika geriatryka

Wpisy

  • środa, 06 grudnia 2017
    • Mikołaj

      Dzisiaj świtem bladym koło 9.00 (ledwo przebudzona) spojrzałam na telefon i zobaczyłam, że dostałam jakiegoś sms-a. Okazało się, że to sms od Przyjaciółki, więc włożyłam okulary na oczy i zaczęłam czytać:

      Co ty ku**a na mnie nagadałaś? Jak nie wiesz o co chodzi to się nie wpier**laj w nieswoje sprawy. Wiedziałam, że taka jesteś...

      .

      W tym momencie musiałam usiąść, bo mało nie zeszłam. Z nerwów chyba mi cała krew zeszła i ledwo się utrzymałam w pionie. Oczami wyobraźni już widziałam jakieś problemy, ploty, kłopoty. Pomyślałam, że ktoś mi narobił koło d**y i dobrze wiedział, gdzie uderzyć, żeby mnie najbardziej zabolało, bo jestem bezradna wobec intryg… Drżącymi rękoma nalałam sobie wody, napiłam się i zaczęłam czytać dalej:


      Przychodzę do św.Mikołaja a on mi mówi, że ktoś mnie podkablował, że byłam niegrzeczna. Nowe wiaderko i łopatka poszły się jeb*ć. jedno tylko mnie cieszy że ty też go**o dostaniesz, bo też cię podje**łam, a tak to mogłyśmy się wymieniać zabawkami…

      (ha, ha, ha, wysyłaj dalej i rób żarty ze znajomymi)


      No faktycznie - pomyślałam - dzisiaj Mikołaja. A ja zupełnie nie skumałam żartu. Co się ze mną dzieje? Przemęczona jestem (na emeryturze ha, ha, ha) czy stara już okropnie...? Fakt, że zarobiona byłam (i jestem) okrutnie. Jeszcze nie wylazłam z zajęć zaplanowanych od kilku tygodni (jestem w stałym niedoczasie), a już zebrało mi się roboty znowu od poniedziałku.  Jestem zła, bo wszyscy wiszą nade mną i różne terminy mnie gonią, a ja marzę o tym, żeby choć trochę poczytać, pospać, po prostu odpocząć.

      I cały dzień (dzisiaj przy skracaniu płaszcza zimowego sąsiadce) myślałam, jak wytłumaczyć mojej Przyjaciółce brak entuzjazmu i odzewu po tym sms-sie. No, bo moja reakcja była idiotyczna, a przecież ona chciała dobrze… Skąd mogła wiedzieć, że tak zareaguję?


      Miałam zepsuty humor przez cały dzień, chociaż przecież i tak do mnie Mikołaj już od dawna nie przychodzi i żadnych prezentów nie przynosi. Myśli pewnie, że niegrzeczna jestem (ale rózgi też nie dostaję), a to zupełnie nieprawda. Ale widać grzecznym być też się nie opłaca…


      Mikołajowe życzenia


      Dobra - wypisałam się trochę. Kończę na dziś, bo teraz wymiana zamka w płaszczu zimowym córki na mnie czeka. Podobno ma być zima, to muszę się pospieszyć...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Mikołaj”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      środa, 06 grudnia 2017 23:36
  • piątek, 01 grudnia 2017
    • Za 3 tygodnie z kawałkiem...

      ...święta, ale już jutro ślub córki i na razie wszystko jest temu podporządkowane. Uszyłam sobie spodnie pod kolor kupionej szarej marynarki. Do tego mam białą bluzkę. Wczoraj zrobiłam pazury na szaro i nawet ufarbowałam tę resztę włosów, która mi została (już wszyscy na mnie patrzyli trochę dziwnie, chociaż mi te siwe łaty nie przeszkadzały). Córka powiedziała, że teraz mam włosy za jasne i przyniesie mi dzisiaj szampon, żebym ciut je przyciemniła. A już chciałam świecić jak ta gwiazda w kościele... ;)))

      na slub

       A wracając do świąt (bo chcemy, czy nie - i tak przyjdą), to dopiero po niedzieli zabieram się za produkcję kartek. Widzę, że z roku na rok zmniejsza się ich ilość do wysyłania. Coraz mniej ich dostajemy, to i mniej wysyłamy - proste.

      W domu żadnych porządków nie robię. Sprzątane jest tyle o ile, na bieżąco - przestałam  się bawić w jakieś generalne porządki (zwłaszcza o tej porze roku). Ponieważ w grudniu są święta, to gromadzę jakieś drobiazgi do paczek pod choinkę. Drobiazgi, bo tych paczek mam do zrobienia sporo. W tym roku prawdopodobnie będziemy w wigilię tylko we dwójkę, bez córki i wnuczki. Zmieniła się sutuacja, bo jej tatuś (a mój były) został sam taki  sierotek i córka MUSI się przecież nim zaopiekować, żeby nie był taki samotny. W związku z tym planują zabrać tatusia do rodziców zięcia, a do nas przyjdą w pierwszy dzień świąt (wtedy do tatusia pojedzie średni syn ze swoją rodziną).

      Ja tam od zawsze mówiłam, że święta są przereklamowane i najchętniej to bym wyjechała gdziekolwiek na ten czas. Niestety - mój mąż jest tradycjonalistą i nie wyobraża sobie tego. Wszyscy się męczą przez święta - odchodzi planowanie: gdzie, kto i kiedy, u kogo. Jeszcze fajnie, gdy jest zgoda i gdy jest miejsce na całą rodzinę. Ale co, gdy rodzina po rozwodach, gdy wszyscy warczą na siebie i nie znoszą swojego widoku? Całe święta są wtedy męczarnią, bo wszyscy goszczą się po kolei i nie ma chwili odpoczynku.

      Pamiętam też kiedyś ten horror, gdy miałam małe dzieci, a i rodzice i teściowie NIE WYOBRAŻALI SOBIE, żebyśmy nie byli na wigilii. I tak biegiem z tymi dzieciakami do jednych, żarcie, a potem szybciutko do drugich na drugi koniec miasta tramwajem, bo też czekają z opłatkiem i żarciem... I wracamy do domu po wszystkim napchani jak mopsy, a w domu pusta lodówka... Wesołych świąt!

      Oczywiście - ja wiem, że to święta kościelne, chodzi o duchowość itd., ale te tradycje nie do pokonania nawet u niewierzących... bez sensu...

      Najlepiej wspominam pewną wigilię, którą spędzałam z moimi dwoma starszymi synami (dorosłymi), parę lat po rozwodzie. Zapytałam ich, co mam zrobić na kolację wigilijną (na święta jechali do ojca). Odpowiedzieli, że nie wyobrażają sobie tego wieczoru bez moich pierogów z kapustą i grzybami, a także bez klusek z makiem. To zrobiłam, a oni przynieśli jeszcze do tego mój ulubiony wtedy "kompot" czyli wódeczkę i sok pomarańczowy. Taka to była wtedy wigilia. Niezapomniana, mimo że minęło 20 lat. I teraz także (zwłaszcza syn średni) przychodzą na pierogi i kluski, bo moje im najlepiej smakują. Na szczęście jeszcze nie przeszła mi ochota na ich robienie, a i mojemu aktualnemu mężowi posmakowały...

      Jest już 1 grudnia, więc kolejny sezon świąteczny uważam za otwarty!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Za 3 tygodnie z kawałkiem...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      piątek, 01 grudnia 2017 11:42
  • czwartek, 23 listopada 2017
    • Nie nadążam

      No i ciagle nie mam czasu, żeby się zabrać za ciąg dalszy wspomnień urlopowych!


      Jeszcze po drodze robiłam imprezę imieninową. Do niedawna narzekałam, że zanika ta tradycja, już w poprzednich latach zaniechaliśmy robienia takich imprez, a tu znowu zaczęło się zapraszanie i trzeba było reaktywować... Czasu więcej ludzie mają, bo i powiększa się grono emerytów wśród znajomych, czy co...


      Zrobiło się już naprawdę gorąco - wszystko się skumulowało na te ostatnie 1,5 miesiąca tego roku. Właściwie to nie wiem, dlaczego to mnie obchodzi i czym się denerwuję, bo przecież bezpośrednio mnie to nie dotyczy. Ale to już chyba tak jest, że człowiek matka się przejmuje wszystkim, co dotyczy jej dzieci...


      Córka wypowiedziała umowę najmu na swoje mieszkanie - mają się wyprowadzić do końca listopada, a jeszcze do dziś nie ma decyzji o kredycie (minęło 5 tygodni zamiast obiecanych dwóch). Dopiero zaczęli się pakować, a jeszcze nie mają gdzie się przenieść. Co prawda ich nowe mieszkanie będzie dostępne tydzień po podpisaniu umowy = tydzień po udzieleniu kredytu, ale za tydzień to jest już grudzień!

      planowanie czasu


      Za 9 dni ślub, a córka wczoraj dopiero miała pierwszą przymiarkę sukienki. Prawie zięć nie kupił sobie jeszcze garnituru (na 2 metry wzrostu) i butów (rozmiar 46). Nie mają także jeszcze pozwolenia od biskupa na ślub jednostronny, chociaż wiadomo, że na pewno dostaną. I tak to wszystko na chybcika, na ostatnią chwilę. Zupełnie nie "po mojemu", bo ja to wszystko lubię mieć rozplanowane, na spokojnie, z dużym wyprzedzeniem. Córka się śmieje i mówi, że wszystkie te "oprawy" jej nie interesują - może iść do kościoła nawet w dżinsach, a wszyscy wkoło tak się przejmują...


      Faktycznie może nie powinnam się tym wszystkim przejmować, nie powinno mnie obchodzić, jak sobie z tym wszystkim poradzą. I tak przecież im nie pomogę w niczym. Dałam tylko kasę na obiad w restauracji dla wszystkich zaproszonych po ślubie i tyle. To powinnam teraz tylko odpoczywać i nie zaprzątać sobie głowy ich problemami. A to mi za bardzo nie wychodzi.


      Zazdroszczę mojemu mężowi, bo on ma wszystko gdzieś. On sobie spokojnie czyta książki (pożera je wręcz aktualnie) i tylko okazuje lekkie zniecierpliwienie na dźwięk kolejnego tego dnia telefonu do mnie od córki, która zdaje kolejne relacje z kolejnych problemów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Nie nadążam”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 listopada 2017 15:50
  • poniedziałek, 13 listopada 2017
    • Jak to z moim mieszkaniem było

      Widzę, że muszę dopowiedzieć historię mojego byłego mieszkania, bo w komentarze wkradają się fałszywe wnioski.


      Gdy jeszcze byłam żoną mojego byłego (ale już nie szczęśliwą), w moim zakładzie pracy (budowlanka) zawiązała się grupka osób, chcących założyć spółdzielnię mieszkaniową i wybudować mieszkania. Wszystko było robione czynem społecznym, dopóki ogrom papierów wszystkich nie przytłoczył. Zaczęły się też zwolnienia w naszej pracy i ja wyleciałam w pierwszym rzucie. Wtedy też dostałam etat administracyjny w naszej spółdzielni (potem awansowałam na prezesa). Mieliśmy już wtedy zamieszkany pierwszy blok, za chwilę miał być oddany nowy. 

      My (tzn. ja, były i czworo dzieci) mieszkaliśmy w malutkim dwupokojowym mieszkaniu służbowym mojego byłego i koledzy ze spółdzielni zaproponowali mi, żebym napisała wniosek o przydział mieszkania w tym drugim bloku. Okazało się, że zwolniło się jedno mieszkanie trzypokojowe i właśnie na nie dostałam przydział.

      To były czasy społdzielni lokatorskich (nie własnościowych), w których obowiązywała wpłata własna 10% wartości mieszkania - resztę na kredyt dostawała spółdzielnia od państwa (oczywiście było wiele zwolnień i udogodnień wtedy dla takich spółdzielni, ale o to mniejsza). No i trzeba było jakoś ten wkład uzyskać. Wtedy pomogli mi rodzice (to był cud, bo nie byli skorzy nigdy do takiej pomocy) i scedowali książeczkę mieszkaniową siostry na mnie (ona miała wielkie mieszkanie po teściowej). Tym sposobem, po niewielkiej dopłacie, mogłam się stać dumną posiadaczką 3-pokojowego mieszkania lokatorskiego w stanie deweloperskim - jak by to dzisiaj się nazywało.

      ks.mieszkaniowa

      Wtedy też trzeba było samemu wszystko do wykończenia zakupić, zainstalować, położyć itp. Miałam fory, bo pracowałam z budowlańcami i wszelkiego rodzaju fachowców miałam pod ręką, a poza tym byłam prezesem... Ponieważ w życiu już wcześniej przeprowadziłam wiele drobnych remontów, sama tapetowałam, malowałam, kładłam kafle na podłodze. Miałam też czas, ponieważ moja praca nie była określona czasowo - po prostu musiało być wszystko zrobione i dopilnowane. Gdybym też patrzyła na pomoc mojego byłego, to chyba byśmy się też tam chyba nigdy nie wprowadzili - już wtedy okazywało się powoli, że ten facet to leser (ale to temat na inne opowiadanie). 

      Po czterech latach pieszczenia, meblowania i dekorowania przeze mnie mieszkanka - zostawiłam wszystko, spakowałam swoje majtki i biustonosze, i odeszłam w siną dal. Powody zostawienia przeze mnie tego wszystkiego to także temat na inne opowiadanie, ale zostawiłam i nigdy potem nie żałowałam tego kroku.

      Starsi synowie byli już wtedy w internatach w mieście, w którym teraz mieszkam i nie planowali swojej przyszłości w tamtym miasteczku. Z byłym został najmłodszy i córka. Za rok zresztą i oni dołączyli do nas - córka zamieszkała do matury w internacie, a syn mieszkał ze mną rok na sublokatorce. Wszyscy byliśmy oczywiście nadal zameldowani w starym mieszkaniu. Ale były mieszkał tam sam, dopóki synowi się nie znudziły moje porządki i wymagania (miał się po prostu uczyć) - wrócił do ojca i rzucił szkołę w ogóle. Córka zaś wróciła do tamtego miasteczka po maturze, w ciąży.

      W tak zwanym międzyczasie rozwiodłam się z byłym, czego konsekwencją było prawdopodobnie przepisanie przydziału mieszkania na niego. Jest taki przepis, który mówi o tym, że małżonkowie po rozwodzie mają ustalić, czyje jest mieszkanie, bo członkami spółdzielni lokatorskiej może być tylko jedno z nich. A ponieważ mnie nie było tam na miejscu (wtedy już mieszkałam i pracowałam za granicą), a były od kilku lat był zatrudniony jako prezes tej spółdzielni, więc przypuszczamy, że musiał to mieszkanie przepisać na siebie. Ale nie wiemy na pewno, bo i też od kogo mamy się dowiedzieć? On nic nie powie.

      Nie robiliśmy też podziału majątku, bo mnie za bardzo nie zależało (a jemu tym bardziej). W końcu to ja odeszłam, a na mieszkaniu zostały dzieci, to co - miałam im to odebrać?

      podział majątku

      Najpierw ja się stamtąd wymeldowałam, gdy wyszłam powtórnie za mąż. Potem wymeldował się najstarszy syn, bo kupił sobie mieszkanie z ówczesną dziewczyną (na kredyt frankowy). Następny był syn średni - zakupił także na kredyt mieszkanie dla swojej rodziny. Teraz córka z przyszłym zięciem kupują mieszkanie (także na kredyt, ale złotówkowy) i córka z wnuczką wymeldują się pewnie z tamtego mieszkania. 

      W końcu były stracił tam pracę i przeniósł się do naszego miasta, do drugiej babci, a osiem lat temu najmłodszy syn się ożenił i zamieszkał w tym mieszkaniu z żoną. Aktualnie mają też dwoje małych dzieci.


      Reasumując: zameldowany jest tam aktualnie mój były, najmłodszy syn z rodziną i jeszcze córka z wnuczką.


      Najmłodszy syn z synową zaprowadzili tam swoje porządki, wyrzucając wszystkie nie ich rzeczy do piwnicy (mam nadzieję, że tylko tam). Łącznie z rzeczami byłego. Nie mówiąc o innych rzeczach (w tym dokumentach) całej rodziny. Po latach nie mieszkania tam byłego nawet im się pewnie nie śni, że mogliby tam jeszcze kiedyś z kimś zamieszkać. Podejrzewamy nawet, że były czynsz za to mieszkanie ciągle jeszcze płaci, chociaż podobno i zamek najmłodszy wymienił, i ojcu klucza nie dał (były dojeżdża tam dwa razy w tygodniu do pracy - prezesuje, jak ja kiedyś, tylko na pół etatu). Do tego nasze nieśmiałe pytania do syna o status tego mieszkania skończyły się na wiosnę awanturą, w której ja i pozostali synowie zostaliśmy obrzuceni obelgami. Dostaliśmy prikaz, żebyśmy się nie wp******ali w ich życie i zostawili ich w spokoju, bo nam spuszczą w****dol tak, że się nie pozbieramy. Tak się "odwdzięczył" syn za to, że zajmuje mieszkanie, na które nie musiał zapracować, do tego ma tam naszą dużą działkę i nie jest obciążony żadnym kredytem (jak rodzeństwo). Oczywiście najmłodszy z rodziną jest w tej chwili dla nas "persona non grata". Nie był zaproszony na wesele najstarszego i teraz na ślub córki także. Nie chcemy mieć z nim do czynienia. Jakie ma stosunki z moim byłym, czyli swoim ojcem - nie wiemy.

      Kiedyś z tym mieszkaniem (i działką) będzie jeszcze większy cyrk, ale nawet nie chce mi się o tym myśleć. Chyba, że były został namówiony przez najmłodszego na przepisanie formalnie na niego tego mieszkania - wtedy pewnie reszta niczego nie wskóra.


      Tak więc byłego raczej nikt (a zwłaszcza ja) nie pragnie wymeldować. Do tego mieszkania ma największe prawo i - szczerze mówiąc - jak przejdzie na emeryturę, to tam powinien wrócić. I jeszcze najmłodszy z synową powinni się nim zaopiekować do śmierci - za to mieszkanie!


      Nie wiem, czy rozjaśniłam nieco sytuację, ale to wszystko jest tak zawiłe, że sama nie dowierzam, że to się działo i dzieje!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Jak to z moim mieszkaniem było”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 listopada 2017 23:44
  • sobota, 11 listopada 2017
    • Czuję się jak na karuzeli (cz.II)

      Najpierw będzie małe wprowadzenie.

      Moja córka została matką w wieku lat 18. Nie chciała wyjść za ojca dziecka, bo widziała jak ten się zachowuje w stosunku do swojej matki i pomyślała, że to źle rokuje. Urodziła wnuczkę, mieszkajac w mieszkaniu ze swoim ojcem i najmłodszym bratem w małym mieście. Wnuczkę moją, a swoją córkę tatuś odwiedzał bardzo rzadko, ale za to często odwiedzała ich jego matka, czyli druga babcia mojej wnuczki. Dodam, że także kobieta samotna (rozeszła się z mężem, gdy ich jedyny syn, a ojciec mojej wnuczki skończył 18 lat).

      Druga babcia bardzo zaangażowała się w "babciostwo", mimo że musiała do wnuczki pokonać ok. 100 km w jedną stronę. Moje dzieci - córka i syn - nawet mieli jej za złe, że się w ich domu szarogęsi, bo bywała często i wszystko im przestawiała. No, ale po jej wyjeździe znowu pozaprowadzali swoje porządki.

      I w końcu mój były i druga babcia się spiknęli ze sobą. A moje dzieci były tym strasznie zaskoczone i nawet oburzone. Pamiętam ich rozważania, że gdyby druga babcia zaciążyła, to ich dziecko kim by było dla mojej wnuczki czy córki? Wszyscy uważaliśmy zresztą zawsze, że to chory układ...

      rodzinka

      Córka po 3 latach przeprowadziła się do mojego miasta, zaczęła studiować (i skończyła), a wnuczka poszła do przedszkola. Mieszkały w wynajętych mieszkaniach przeważnie z koleżankami córki, ostatnie 7 lat w jednym dwupokojowym same. Podobnie wynajmował mieszkanie średni syn, który także zakotwiczył w moim mieście. Najstarszy także tutaj się sprowadził po wojsku i z dziewczyną wzięli mieszkanie na kredyt we frankach. Najmłodszy się zaręczył z dziewczyną z gór i mieszkał (i mieszka)z nią dalej w naszym starym mieszkaniu. Początkowo z ojcem, czyli moim byłym.

      Po czasie mój były stracił pracę, ale zaraz się zatrudnił w moim mieście. Oczywiście przytuliła go druga babcia. Mieszkała już wtedy sama w dużym trzypokojowym mieszkaniu po swoich rodzicach, bo jej syn (a ojciec mojej wnuczki) wyjechał ze swoją aktualną dziewczyną do Holandii. Przysyłał alimenty, a druga babcia rozpieszczała wnuczkę, dopóki mojemu najmłodszemu synowi nie urodził się syn - teraz na niego przelała swoje uczucia.  Dwa lata temu zaginął bez wieści ojciec mojej wnuczki i nie wiadomo, co z nim do tej pory. Alimenty na wnuczkę płaciła dalej druga babcia. Obiecała też jej, że dostanie ona po niej ich rodzinne mieszkanie. 

      Podsumowując: mój były z drugą babcią byli ze sobą (i mieszkali) koło 15 lat. Do poniedziałku.


      W poniedziałek umarła druga babcia (mój rocznik). Dla wszystkich to był szok, chociaż ostatnie miesiące prawie ciągle spędzała w szpitalu. Jednak przez ostatnie dwa lata schudła strasznie (o połowę) do czterdziestu kilku kg. Nie była to chyba jednak śmierć tak nagła - można się było tego spodziewać.

      Schody zaczęły się w zakładzie pogrzebowym. Mój były i moja córka nie mogli załatwić pogrzebu, bo są osobami obcymi (były nie wziął z nią ślubu i nawet nie był zameldowany w jej mieszkaniu). Wtedy mój były przypomniał sobie o mężu drugiej babci, który prawdopodobnie nie jest jej byłym. Mąż się odnalazł, okazał się być aktualnym ślubnym i można było załatwić pogrzeb.

      W telefonie drugiej babci córka odnalazła sms-a, w którym jakaś kobieta informowała ją o podniesieniu haraczu za mieszkanie. Już mieliśmy nadzieję, że to może druga babcia ukrywała swojego syna i wynajmowała mu jakieś mieszkanie. Jednak po spotkaniu z kobietą od sms-a okazało się, że ten czynsz jest za mieszkanie drugiej babci. Dwa lata temu sprzedała ona tej kobiecie swoje mieszkanie i mieszkała w nim dalej, płacąc czynsz haracz. Sprzedała mieszkanie (zreszta za połowę wartości) pewnie po to, żeby spłacić je siostrze po rodzicach (ona się tego domagała i doprowadziła nawet do licytacji komorniczej). Córka znalazła w papierach akt notarialny i wszystko się zgadza. Ustaliły, że mieszkanie będzie jeszcze wynajęte do końca grudnia. Do tej pory trzeba wszystko wynieść i mieszkanie opuścić.

      Córka znalazła też w telefonie numer do siostry drugiej babci i zadzwoniła do niej, informując ją o pogrzebie siostry. Tamta, cała w szoku, ale zastrzegła (diabli wiedza dlaczego), żeby nie dochować drugiej babci do rodziców (tak właśnie ma być). Zdziwiona, że moja córka zapłaciła za 20 lat za grób (bo kto miał zapłacić?) i strasznie chciała jeszcze zobaczyć siostrę, bo nie wierzy, ze ona nie żyje. Niestety - jest to niemożliwe. Moja córka powiedziała jej, że jak przez ostatnie dwa lata nie miała na to czasu, to i teraz może sobie odpuścić.

      Jeszcze co do mieszkania. Od 1 stycznia mój były będzie na bruku. Powiem, że spodziewałam się tego. Tak to jest, jeżeli się nie dba o swoje interesy, nie rozmawia o sprawach istotnych z tym, z kim się mieszka tyle lat. Były jest zameldowany w naszym byłym trzypokojowym mieszkaniu, ale po pierwsze mieszkanie to jest oddalone od jego obecnego miejsca pracy prawie 100 km, a do emerytury były ma jeszcze 4 lata. A po drugie - on tam nie pójdzie mieszkać, bo mieszka tam nasz najmłodszy syn z żoną i aktualnie z dwójką dzieci, to co się będzie tam wpychał (to jego słowa)...

      Ponieważ córka z prawie-mężem właśnie kupują mieszkanie, to kombinują, żeby były zajął i dalej wynajmował jej mieszkanie. Zarabia tyle, że go będzie na to stać. Ale jak będzie - zobaczymy.

      Córka po przyjeździe od koleżanki z Norwegii będzie miała kupę roboty z porządkowaniem ciuchów i papierów po drugiej babci. Jak znamy mojego byłego, a jej ojca, to palcem w tej materii nie kiwnie. Potem córka będzie miała sajgon z przeprowadzkami. A po drodze jeszcze ślub.

      przeprowadzki

      I czy ktoś się jeszcze dziwi, że - gdy rozmawiam z córką - mojego męża zaczyna boleć głowa (mnie już też czasami)? Bo przecież to, o czym napisałam, to nie wszystko - szczegóły pominęłam, chociaż są także ciekawe...

      Na szczęście z moim aktualnym mężem nie mam problemów niedogadania. Wszystko o sobie wiemy i mamy wszystko ustalone. Inwentaryzacja wspólnych dóbr zrobiona, testamenty popisane. No i staramy się dbać o zdrowie, żeby jednak jakiekolwiek problemy oddalić w czasie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Czuję się jak na karuzeli (cz.II)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      sobota, 11 listopada 2017 22:59