Z pamiętnika geriatryka

Wpisy

  • niedziela, 01 lipca 2018
    • Spotkanie

      

      Byliśmy na corocznym spędzie starych znajomych. Są to nasze połowinki, bo spotykamy się zawsze mniej więcej w połowie roku, w sobotę. Od 10 lat spotykamy się w 4 pary na grillu. Każdy przynosi jakieś żarełko i picie. Oczywiście kiedyś wyglądało to inaczej niż obecnie: na stole królowały mocne alkohole - bywało tak, że ogarnialiśmy jednocześnie i wódeczkę, i piwo… Do jedzenia także były przygotowywane  “tony” mięsiwa, sałatki, zakąski i zagryzki. Przez te 7-8 godzin (rozchodziliśmy się zwykle koło 1-2 w nocy) wszystko to, co na stole zwykle zostało zmiecione, a alkohol wypity, co znacznie wpływało na nasz stan. Z radością i nierzadko pieśnią na ustach rozprowadzaliśmy się po domach, dzierżąc w dłoniach puste torby z pustymi naczyniami po potrawach. Na drugi dzień leczyliśmy kaca i usiłowaliśmy ugnieść spasione brzuchy…  I za każdym razem obiecywaliśmy sobie wszyscy, że następnym razem zaniesiemy tam mniej jedzenia, a już na pewno mniej alkoholu…

      Tak mijały lata, a nasze obietnice nigdy nie zostały spełnione. Każdy zawsze przynosił po kilka dań (dla 8 osób), parę zgrzewek piwa, a to jakąś oryginalną wódeczkę, a nawet wino własnej roboty. Szczerze powiem, że zupełnie przestało mi to odpowiadać ponad 4 lata temu, bo byłam po operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego (dieta!). Zauważyłam też, że i inni zaczęli niedomagać i też im już nie służy i to picie, i żarcie. Któregoś razu zaniosłam na takie spotkanie tylko sałatkę grecką i piwo - inni też zaczęli się ograniczać.

      Wczoraj niby wszystkiego było mniej niż zwykle, ale i tak wyszliśmy napchani jak balony. Fakt, że wszyscy trzeźwi, bo tylko po kilku piwach na łebka.


      słodkie grzybki, które zrobiłam na imprezę

      Rozmowy też przez te lata zmieniły mocno kierunek. Przedtem królowały rozmowy o podróżach, wspomnienia z wyjazdów i plany na następne wojaże. Panowie dyskutowali godzinami o samochodach, a panie o pracy, dzieciach. Teraz każda rozmowa, choćby rozpoczynała się od czegoś innego, schodziła na choroby, lekarzy, zabiegi itp. Panie dodatkowo wprowadziły temat wnuków. Ja usiłowałam sprowadzić dyskusję na poważniejsze tory - rozpoczęłam o uchodźcach, o tolerancji, o zanieczyszczaniu środowiska. Okazało się, że przez tyle lat tak naprawdę nie znałam ludzi, z którymi się spotykałam! Kolega, którego zawsze bardzo lubiłam i szanowałam, okazał się homofobem. Drugi - totalnym islamofobem… Zero tolerancji dla odmienności - zwłaszcza takiej skrajnej. Dla mnie - osoby niezwykle tolerancyjnej i nie oceniającej człowieka wg jego wyznania czy orientacji seksualnej - to postawy niedopuszczalne.

      Zawsze w takich momentach myślę sobie: co ty - kolego zrobisz, gdy twój wnuk przyprowadzi ci do domu narzeczoną ciemnoskórą muzułmankę? Zmienisz poglądy, czy wyrzucisz z domu wnuka?

      Świat się zmienia i myślę, że musimy się pogodzić z różnorodnością - ludzi także. Nie uciekniemy i nie schowamy się przed tym. Tak myślę.

       

      A jeszcze muszę pokazać sowę, która urzęduje u nas w parku. Wygląda w tej dziupli jak wyrzeźbiona:


      sowa w naszym parku

       

      No i jeszcze informuję, że zaczęłam sweterek, o którym pisałam. Ciekawe, kiedy uda mi się go skończyć, i czy stanie się to przed wyjazdem w październiku...


      rozpoczęty sweterek

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Spotkanie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 lipca 2018 13:49
  • wtorek, 26 czerwca 2018
    • Żyję, żyję!

      

      Żyję, żyję. Spokojnie, bez większych szaleństw.


      Bardzo dużo czytam, a - wiadomo - jak się czyta, to trudno pisać. Czasem nas ktoś odwiedzi, czasem my gdzieś wpadniemy… W przerwie między jedną książką, a drugą byliśmy np. kilka dni we Wrocławiu. Była też kilka dni (inne kilka dni) we Wrocławiu córka z mężem i wnuczką - trzeba było się zajmować psem Tygryniem… Odwiedziła nas moja bardzo bliska kuzynka z Gdyni, a także poznaliśmy osobiście dalszą rodzinę żony mojego średniego syna. A wcześniej tę rodzinę poznaliśmy przez internet, przez portal MyHeritage (drzewo genealogiczne).


      Od czasu do czasu wspólnie z mężem robimy akcje np. mycie okien, albo sprzątanie balkonu, czy pranie firan (pierze pralka, ale ktoś to musi zdjąć, a potem zawiesić ;).

      Spacery robimy krótkie, najczęściej do biblioteki i z powrotem - mamy przez park, to można potraktować ostatecznie jako spacer ;)

      W słoneczne dni rozkładamy się bezczelnie na balkonie i opalamy. Ale nie może być za gorąco, bo wtedy długo nie wytrzymuję.

      Poza tym w końcu zrobiłam porządek w mojej szafie i przygotowałam sobie trochę ciuchów do przeszycia, poprawienia itp. Jak mnie natchnie, to wstaję od książki, idę do drugiego pokoju i szyję.


      poukładane w szafie


      Dla urozmaicenia zamówiłam sobie włóczkę na sweterek i będę dziergać - dawno tego nie robiłam, chociaż znalazłam kilka rozpoczętych robótek. One jednak muszą czekać na swoją kolejkę. Teraz myślę o lekkim, siwym sweterku… Może zdążę zrobić przed wylotem na wakacje?

      O - i kupiłam sobie swoją walizkę - była w promocji za 140 zł z kuferkiem, a - co najważniejsze - w moim ulubionym kolorze!


      walizka z kuferkiem


      Siedzę też przed lapem i planuję wyjazd. Zbieram skrzętnie wszelkie informacje, ciekawe trasy, miejsca. Patrzę, ile co kosztuje, ile musimy zabrać kasy na tę wyprawę.

      Dzisiaj miałam swój duży sukces, bo udało mi się zarezerwować wejście na konkretną godzinę konkretnego dnia na szczyt wulkanu. Nie było to łatwe, bo wszystko w różnych, obcych językach, na dodatek chcieli ode mnie nr paszportów, a my paszportów nie mamy… A wszystko tylko on-line załatwić można… Znajoma (która tam mieszka na stałe)  powiedziała mi, że tego nie załatwię bez paszportów, ale ja gdzieś wyczytałam, że komuś się udało… to dlaczego mnie ma się nie udać? I tak długo wklepywałam różne dane w różnych konfiguracjach, aż w końcu załapało! Wydrukowałam zezwolenie i mam!!!

       

      Kombinuję też czym i jak najtaniej, ale najefektywniej popłynąć w poszukiwaniu delfinów, wielorybów i żółwi:  wczytuję się w opinie, oglądam filmiki na YT - mam już swoje typy, które wymagają jeszcze konsultacji z resztą naszej drużyny (trzyosobowej).

      żółwik w oceanie


      Tak więc zupełnie się nie nudzę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Żyję, żyję!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2018 21:27
  • sobota, 12 maja 2018
    • Wszystkiego za dużo

      

      W ten długi weekend byliśmy u mojej Przyjaciółki na dłuuuuugich urodzinach i na oblewaniu jej nowego mieszkania. Urodziny jak urodziny - wiadomo - co rok bliżej jej do emerytury (zostało 5 lat), z czego obie się bardzo cieszymy, bo może będziemy miały wtedy więcej czasu dla siebie… A jeżeli chodzi o mieszkanie, to już w ogóle super!


      Takie nowe, niewielkie (dwupokojowe) mieszkanie to świetna sprawa dla samotnej kobiety w kwiecie wieku. Wszystko nowe: meble, wszelkie urządzenia, materace, kołdry - no wszystko. Wszystko zakupione w minimalnych ilościach - tylko tyle, ile naprawdę potrzebne. Wszystko najlepszej jakości…


      Teraz sobie wyobrażam, że musiała bym się przenieść z mojego aktualnego mieszkania do takiego małego. Właściwie - sobie nie wyobrażam! Ile człowiek nagromadził przez 15 lat rzeczy (tylko przez 15, bo przecież tyle tu mieszkam)! Wszędzie coś poutykane, pawlacze zawalone, piwnice (2) zawalone - wszędzie kupa rzeczy, które przecież mogą się przydać i szkoda wyrzucić. Już nie mówię o ciuchach, bo właśnie kończę porządek w mojej przepastnej szafie i to mam jakby załatwione, ale o innych rzeczach typu torby różniste, kołdry, śpiwory, jeszcze dobre, ale już nie noszone kurtki, zastawy stołowe, nieużywany sprzęt kuchenny. A stare kable od nie wiadomo czego, ponad setka kaset vhs (mam jeszcze odtwarzacz, to pewnie będę oglądać???) ;))) Do tego mam męża, który też z zasady niczego nie wyrzuca i to też nie jest łatwe… A mieszkanie duże i przecież wiele jeszcze może zmieścić...

       

      to tylko niewielka część ciuchów z mojej szafy


      Bardzo zazdroszczę (ale tak pozytywnie) Przyjaciółce, że wkroczyła w nowy etap życia bez obciążeń starymi i zbędnymi rzeczami. I mam nadzieję, że solidnie przemyśli każdy kolejny zakup do domu. Bo obrosnąć w rzeczy jest bardzo łatwo i dzieje się to jakby niepostrzeżenie.


      To mi przypomniało mój epizod z życia, kiedy to w Berlinie zajmowałam się pewną ponad 80-letnią staruszką. Oprócz “damy do towarzystwa” miałam w zakresie obowiązków posprzątanie raz w tygodniu jej dwupokojowego mieszkania. I co mnie najbardziej wtedy zadziwiło? Kobieta miała w szafach pustki: Oprócz kilku dosłownie ciuchów, na półkach leżały 3 duże ręczniki,  2 zmiany pościeli i koc. Jej mieszkanie wyglądało zawsze tak, jakby przyjechała do niego na dwutygodniowe wczasy. Dla mnie to było bardzo zaskakujące i zastanawiałam się, jak to jest możliwe. Okazało się, że to jej dzieci wymiotły jej z mieszkania wszystko. Zostawiły tylko to, co matce do życia niezbędne właśnie po to, by było łatwiej sprzątać (och, ten niemiecki ordnung!). I wtedy uznałam, że to ma sens. Bo u moich dziadków i rodziców tych rzeczy było zawsze za dużo, zawalone szafy, wszystko pouciskane po kątach. Ani to posprzątać, ani nie można było wyrzucić. I do tego ten zapaszek staroci… A po ich śmierci wszystko jak leciało w kontener i na śmieci…


      wyrzucone ciuchy

      Trawestując powiedzenie: żyj krótko i zostaw atrakcyjne zwłoki - żyj długo i zostaw po sobie porządek!

      Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Wszystkiego za dużo”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      sobota, 12 maja 2018 12:09
  • piątek, 11 maja 2018
    • Doigrałam się

      

      Dzisiaj byłam na badaniu urodynamicznym i przy okazji mocno oberwałam po uszach. Chociaż mało się poczuwałam do winy przecież…


      Bo czy - jak młoda dziewczyna nie biega ciągle po kibelkach - nie podziwia się jej, że ma “dobre zawory”? Mnie zawsze podziwiano, że potrafię i pół dnia wytrzymać (miałam takie koleżanki, które na wycieczce wiedziały, bo odwiedzały, gdzie są kibelki publiczne po drodze, a ja przed wyjściem z hotelu i potem po powrocie… zresztą zawsze brzydziłam się publicznych wc-tów…


      Żeglowałam dużo w młodości i to przeważnie z chłopakami, a to - wiadomo - oni za fokiem na stojąco za burtę, a ja, jedyna kobieta, jak tu wypiąć goły tyłek? A jacht mały, bez wc - trzeba było donosić od portu do portu, albo chociaż od brzegu do brzegu (krzaki)...

       

      sikanie na stojąco takze dla kobiet

      Potem mój wyćwiczony pęcherz przydał się w pracy, w której nie mogłam sobie pozwolić na opuszczanie stanowiska przez całe godziny.

      I nikt mi nigdy nie powiedział, że to niedobrze, że to szkodzi. Nikt!


      Okazało się przy tym badaniu, że mam bardzo rozciągnięty pęcherz, prawie dwa razy bardziej niż normalnie. To powoduje moje problemy z nietrzymaniem moczu w czasie kaszlu czy kichania.


      Poza tym muszę najpierw zrobić porządek z tą przepukliną, bo najpierw ona, a potem ewentualnie operacja wszycia taśm (na nietrzymanie moczu) jeżeli nie uda się zmniejszyć tego pęcherza. Bo to wszystko wiąże się ze sobą, wszystko znajduje się w obrębie jamy brzusznej i przesunięcie jednego powoduje uciskanie lub nie drugiego narządu.

      Na razie mam zalecone częstsze korzystanie z wc (co 2 - 2,5 godziny) nawet, gdy nie będę czuła potrzeby, aby docelowo obkurczyć nieco pęcherz. Pani doktor powiedziała, że - jeżeli to mi się uda do wiosny przyszłego roku - operacja może nawet nie być potrzebna.


      Dźwiganie jest szkodliwe

      A oberwałam po uszach, bo kobieta nie powinna absolutnie dźwigać!!!

      To od dźwigania obniżają się wszelkie kobiece narządy, wyłażą przepukliny i robią się brodawki na nosie (ha, ha - to żart!). Panie położna i doktor stwierdziły, że kobiety za młodu nie zdają sobie sprawy z tego, że wtedy udają mocarne bohaterki, a potem, na starość, cierpią, bo muszą się naprawiać. Te sławne 3 kg dla ciężarnych powinno obejmować kobiety w każdym stanie, nie tylko błogosławionym.

      To nie można mi było tego wyłożyć łopatologicznie 50 lat temu?! Ile ja się nadźwigałam worów 50 kg, poprzesuwałam mebli…, pracowałam ponad siły i jeszcze jaka dumna byłam z siebie, że taka dzielna jestem i niczyjej pomocy nie potrzebuję!

      A teraz cierpię.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Doigrałam się”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      piątek, 11 maja 2018 00:02
  • czwartek, 26 kwietnia 2018
    • Uwiodło mnie życie realne

      

      Tak się zastanawiam, jak to jest, że teraz, na emeryturze, mam mniej czasu (takiego naprawdę wolnego, kiedy to mogę nic nie robić). Teraz (wydaje mi się) nawet mniej czytam, a już na pewno oglądam mniej filmów.

      Przeszła mi też już zupełnie fascynacja internetem. Z rozpędu sprawdzam pocztę, robię jakieś tam zakupy, coraz rzadziej wchodzę na FB (drażni mnie tam powszechny ekshibicjonizm pt. to zjadłam, tam byłam), chociaż sama do niedawna także wrzucałam zdjęcie mojej zielonej babki wielkanocnej...  Nie potrafię jednak z tego zrezygnować całkowicie, bo jednak jest to dla mnie źródło wiedzy. To, co mnie interesuje, mam podane jak na tacy. No i ten ożywiony kontakt z krewnymi… ;)))


      Oczywiście czytam w przerwach między innymi robotami domowymi. Mój mąż także się wciągnął i czyta to, co ja, czyli thrillery i kryminały. Stosik książek z biblioteki czeka stale na komodzie (nie licząc książek zakupionych do domu).

       

      do czytania


      Ale tak naprawdę to nie mogę się uporać z porządkami w mojej ogromnej szafie. Jakiś czas temu nabyłam trochę dużych, plastikowych, przezroczystych pojemników, aby łatwiej było pogrupować rzeczy i potem je znaleźć w tej szafie. Do tej pory właściwie jeszcze tego nie zrobiłam - stale jestem w trakcie. Bałagan w pokoju jest obrzydliwy, bo nie da się inaczej, a ja już tracę siły. Staram się codziennie coś ogarnąć, ale jest tego naprawdę dużo.


      Kiedyś myślałam o tym, jak to by było fajnie wywalić te wszystkie rzeczy i zostawić tylko to, co naprawdę najpotrzebniejsze, ale nie dam rady. Mam duszę chomika, a poza tym dla kogoś kto szyje, robi na drutach, robi karteczki - wszystko się może przydać! I tak już pozbyłam się rzeczy przydatnych w ogrodzie, bo tym już na pewno zajmować się nie będę. To, co potrzebne, aby uprawiać kwiatki pod balkonem i na balkonie, mieści mi się w szafce balkonowej.


      bratki na balkonie


      Mam także problem z ciuchami, bo mam ich za dużo. Ale też trudno mi się ich pozbyć - może teraz, przy tym porządkowaniu? Kupuję coś, co mi się podoba, ale nie zawsze trafię w rozmiar, albo materiał nie taki, albo po prostu źle się nosi… Z moimi rozmiarami nie jest łatwo dobrać ciuchy… A z ulubionymi ciężko się rozstać, nawet gdy się skurczą w praniu… ;)))


      Oczywiście w tzw. międzyczasie zawsze sobie wymyślę jakąś dodatkową robótkę. I tak, w ferworze sprzątania balkonu, wpadłam na genialny pomysł odnowienia parapetów zewnętrznych. Mamy te parapety takie zwykłe, z blachy ocynkowanej. Kilka lat temu okleiłam je folią samoprzylepną w kolorze ram okiennych (mahoń), ale niestety, nie było to pokrycie trwałe. Zwłaszcza w miejscach łączenia powstały zadziory, a gdzieniegdzie też ta folia z lekka się pomarszczyła. Pomyślałam więc, żeby to wszystko wyszlifować papierem ściernym i pokryć żywicą epoksydową w tym kolorze. Wyszukałam w necie, zakupiłam, stoi i czeka na pogodę. Już się cieszę na nową robótkę!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Uwiodło mnie życie realne”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 kwietnia 2018 12:10