Z pamiętnika geriatryka

Wpisy

  • piątek, 23 czerwca 2017
    • Nie ma czasu załadować taczek

      Normalnie nie zauważyłam, że już tyle minęło od mojego ostatniego  wpisu!

      Czas tak pędzi, a u mnie grafik zapełniony po brzegi. Z jednej strony to fajne, ale z drugiej - chciałoby się odpocząć nieco. Myślę, że odpoczniemy nieco za półtora tygodnia, kiedy to wybieramy się na parę dni nad morze, do mojej ulubionej miejscowości, w której mieszka moja Przyjaciółka. Mam nadzieję tam odpocząć, bo nie zapowiadają pogody (odpadnie trud opalania). Pospacerujemy, poplotkuję z Przyjaciółką - wszystko na luzie i bez spinki.

      Bez luzu było za to w ten ostatni długi weekend. Przez to mam dosyć podróżowania pociągiem na dłuższy czas. To nie na moje lata, żeby wsiadać do pociągu o 9.25 i wysiąść (z innego co prawda) o 21.13. I to w obydwie strony. I to spanie u kogoś w domu, gdzie twardy nieziemsko tapczan i skrzypiące podłogi! Teściowie Najstarszego usiłowali nas tam zatrzymać na dłużej, ale to nie mogło się udać.

      Wesele było niezwyczajne, krótkie (od 18 do 1), bez tradycyjnych obrzędów (co akurat lubię), przy muzyce mechanicznej (co też bardzo lubię), na 25 osób dorosłych (razem z młodymi) i garstką dzieci. Najważniejsze, że Najstarszego udało mi się "sprzedać" wydać i mam teraz fajną synową. Ale to raczej teściowie Najstarszego zyskali syna - mieszkają blisko nich i często się spotykają.

      Udało mi się Zdążyłam jakoś uszyć kobaltowe spodnie do kobaltowej narzutki, zakupionej w bonprixie. Do tego miałam szyfonową, biało-niebieską bluzkę. Włoski i pazury poprawiłam przed wyjazdem i nawet dobrze się w tym wszystkim czułam.

      miałam pokazać swoją fryzurę

      takie pazury

      Nawet udało mi się w czasie tego wyjazdu zachowywać zasady mojej diety. W podróży miałam zawsze pod ręką wodę i coś do przekąszenia. Telefon przypominał mi o czasie posiłków i o piciu. Na weselu też nie podniecałam się jedzeniem, a wypiłam tylko dwa drinki. Na razie się nie ważyłam - zrobię to dopiero w środę.

      W tygodniu przed weselem wyrwałam 7PG i jeszcze tuż przed wyjazdem wyciągali mi szwy. Po powrocie poszłam zrobić tomografię szczęki (300 zł), bo potrzebna do implantów. Na wszczepienie implantów jestem już umówiona na tę środę - będzie się działo. Szwy mi zdejmą dopiero po moim powrocie znad morza.

      Tymczasem robię w domu drobne porządki, pranie, układanie.

      A z doskoku oglądam serial "Sześć stóp pod ziemią" - super!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nie ma czasu załadować taczek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      piątek, 23 czerwca 2017 22:44
  • czwartek, 08 czerwca 2017
  • środa, 07 czerwca 2017
    • Przegląd majowy

      Chodzi o szanowne zdrowie.

      No bo tak. Dbam o wszystko, o co tylko mogę i mam na to jakiś wpływ. Chodzę na okresowe badania wszelkiego rodzaju, w przepisanych terminach (w przyszłym tygodniu mam odebrać wynik mammografii). Przeważnie nic mi nie dolega (oprócz tych kolan, ale one też od dłuższego czasu mi nie dokuczają jakoś). I zwykle tak nagromadzenie wszelkich badań i wizyt u lekarzy przypada u mnie na maj.

      Córka (bo z córką chodzę zawsze) pytała mnie, kiedy idziemy do ginekologa. Ja stwierdziłam, że w tym roku może iść sama, bo ja już w tym wieku mogę robić cytologię co 2 lata (tak wyczytałam w mądrych publikacjach). Pomyślałam - przyoszczedzę trochę, bo taka wizyta w moim przypadku (prywatnie) to około 200 zł. No to parę dni później zaczęłam plamić. A kto mnie czyta od dłuższego czasu ten wie, że taka przypadłość dotyka mnie co roku na wiosnę i kończy się przeważnie zabiegiem.  

      Na szczęście przeszło mi po kilku dniach i na razie nie mam zamiaru się tym zajmować. Tfu, tfu!!!

      W maju robię też sobie zawsze przegląd zębowy i skaling (na nfz). Skaling zwykle robię co pół roku, jednak tym razem wytrzymałam rok, bo naprawdę aż do przesady dbałam o zęby, solidnie myłam zawsze po jedzeniu, szczotkowałam przestrzenie międzyzębowe i płukałam płynem. Rezultaty były spektakularne - nawet po roku kamień miałam niewielki (a zwykle po pół roku już nie mogłam sobie poradzić).Tak więc kamień usunięty, przegląd zrobiony, jeden malutki ubytek uzupełniony od ręki. Ma pani piękne ząbki, wszystko ok i zapraszamy za rok. I tadam! Po dwóch dniach czuję w siódemce górnej wielką odchłań. Cały język wchodzi do dziury i macha przyjaźnie! ;))) Do tego coś ryje mi policzek wewnątrz!

      Załamana zadzwoniłam do mojej prywatnej pani stomatolog, zaraz mnie wciągnęła na fotel. Grosza złamanego nie wzięła, ale podpiłowała zęba, żeby nie ranił mi policzka i dała skierowanie do chirurga zębowego, bo ząb do usunięcia! Przełamał się na pół i nic się nie da zrobić! A ząb usunąć jak najszybciej.

      Dzisiaj pofatygowałam się do przychodni (prywatnej) w sprawie tego połamańca. No, bo jak się go wyrwie, to trzeba coś na to poradzić - czymś trzeba jeść przecież. Pomyślałam o implancie. Skierowano mnie najpierw do lekarza implantologa (wizyta 100 zł). Zrobił zdjęcie pantomograficzne mojego uzębienia (50 zł) i stwierdził, że implant w miejsce tego, który będzie usunięty jutro przez chirurga, nie jest potrzebny. Niezbędne za to byłyby implanty w miejsce dwóch brakujących dolnych szóstek, bo wtedy będę miała czym żuć. A na dodatek szóstki te pełnią wielką rolę ochronną dla sąsiadujących z nimi siódemek. Wyłożył mi wszystko jak krowie na rowie i przekonał mnie. Po powrocie z wesela zapisuję się na te implanty.

      Już kiedyś się śmiałam, że mój mąż władował sobie w zęby mały samochodzik, a teraz przyszła pora na mnie. No cóż - widać nie dane mi będzie już pojeździć... a jeść trzeba. Jutro mam w planie rwanie zęba. Podobno nie boli. Tylko kosztuje (około 300 zł, jeżeli będzie z dłutowaniem).

      I tak to wygląda.

      Kiedyś też mówiono, że nie warto ruszać goowna, bo będzie śmierdzieć. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak się czuję, jak to ruszone... Może jednak nie warto dbać o zdrowie? ;)))

      to a propos zdrowia - mój szczypior na balkonie

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Przegląd majowy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      środa, 07 czerwca 2017 20:24
  • poniedziałek, 29 maja 2017
    • Wojaże dietetycznie

      Kocham te chwile, kiedy przy pięknej pogodzie możemy z mężem wylegiwać się na balkonie. Leżymy sobie, opalamy się (mąż już strzaskany na mahoń) i słuchamy świerkotu ptaszków w uratowanych przeze mnie przed wycinką krzaczorach.

      mieszkanie bez balkonu jest do doopy

      Od czasu do czasu ruszam tyłek i wypijam zaleconą przez dietetyczkę wodę (dziennie minimum 6 szklanek). Mam też od końca kwietnia z mężem rozdział od stołu - jemy zupełnie o innych porach i zupełnie inne posiłki. Ja o godzinach 9, 12, 15, 18 i 21 wsuwam mały posiłek. O 15 jest to przeważnie owoc, jako że pani dietetyczka zaleciła po 15 owoców nie jadać w ogóle. No to nie jadam.

      Mam także zalecenie, żeby pierwszy posiłek był nie później niż godzinę po pobudce. W związku z tym muszę ;))) wstawać o 8.30 i nawet budzę się już po 8. Jakoś (dziwnym trafem) się wysypiam, chociaż chodzę spać około północy.

      Tym sposobem przez 4 tygodnie zrzuciłam bez żadnego bólu 4 kg. Zostałam zważona, zmierzona, określono mi zawartość cukru w cukrze tłuszczu, wody w organiźmie. Ok. Zobaczymy. To już moje ostatnie podejście do zbijania wagi. 

      Taki sposób żywienia jednak nie zawsze się udaje zastosować. Jak przestrzegać ściśle godzin posiłków, gdy jest się na wyjeździe? Dobrze jeszcze, gdy w drodze (mam ze sobą kanapki i wodę), ale co, gdy się jest w gościnie i proszony obiad wypada np. o 13.00? Naprawdę musiałam się wić jak piskorz, a i tak czasami się nie udawało. Trzeba było jeść ze wszystkimi...

      No, bo byliśmy ostatnio tydzień w podróży. Zrobiliśmy kółeczko i zaliczyliśmy Warszawę i okolice, Kielce i okolice, a także Wrocław. Poznaliśmy przyszłą rodzinę Najstarszego Syna (ślub 17 czerwca), odwiedziliśmy daleką, ale bliską (duchowo) rodzinę ze strony moich dziadków (nie widzieliśmy się ok. 40 lat), a także "zwiedziliśmy" nowy, piękny dom chrześniaka męża i poznaliśmy jego dzieci. Czas pomiędzy tymi wizytami wypełniały nam podróże pociągami i busami. Zaliczyliśmy piękne, gorące lato, a wracaliśmy w deszcze i burze. Było super!

      na wsi dom dziadków

      I teraz w domu celebrujemy chwile, kiedy nie musimy się spieszyć, nikt nam nie przeszkadza. Po takich podróżach doceniamy to podwójnie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wojaże dietetycznie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 maja 2017 17:55
  • środa, 17 maja 2017
    • Chusta

      Był sierpień 1975 roku. Rodzice wyjeżdżali na wczasy na pojezierze Drawskie i nie wyobrażali sobie, żebym nie jechała z nimi. Miałam 20 lat i miałam swoje plany (głównie związane z moim chłopakiem, a późniejszym mężem), ale to nie miało dla nich znaczenia. Byłam tuż po maturze, mieszkałam z rodzicami i nie mogłam mieć własnego zdania. Trudno - co robić.

      Moja matka lubiła się mną chwalić, bo byłam wtedy dość atrakcyjna - dość szczupła, niebieskooka blondynka. To zdjęcie jest z tych wczasów właśnie:

      ja w Konotopie sierpień 1975

      I nadeszła pora pierwszego wieczorku zapoznawczego (puciu, puciu). Ja siedziałam z rodzicami przy stoliku, matka intensywnie zapoznawała się z towarzystwem, tata zerkał na wystrojone panie. Wtedy do sali wszedł ON: wysoki, niebieskooki blondyn. Przystojna bestia była niesamowicie, więc zwrócił uwagę wszystkich obecnych. Wszedł i spojrzał po sali - zespół grał jakiś wolny kawałek - podszedł do naszego stolika i poprosił mnie do tańca.  Matka patrzyła na nas zachwyconym wzrokiem, inne kobiety tylko przełykały ślinę z zazdrości... Czy muszę pisać, że przetańczyliśmy cały wieczorek zapoznawczy? A o północy podjechała karoca ;))) i rozeszliśmy się do swoich pokojów...

      Na drugi dzien przy śniadaniu okazało się, że ON jest żonaty. Przyjechał na wczasy z żoną i malutkim dzieckiem. Gdy zabawiał mnie na wieczorku zapoznawczym, żona zabawiała dziecko w ich pokoju. Tak...

      Całe wczasy próbował się ze mną umówić, stosował różne fortele (umawiał sie ze mną inny chłopak, a przychodził on), ale ja ciągle uciekałam od niego. Po pierwsze facet żonaty był dla mnie poza zainteresowaniami, a poza tym miałam chłopaka, którego traktowałam poważnie. Tak więc nigdy nie udało MU się ze mną spotkać.

      I przyszedł ostatni dzień wczasów. Ludzie pakowali się, żegnali, wymieniali adresami. Rodzice poszli jeszcze pożegnać się z jeziorem, a ja zostałam, bo bolał mnie brzuch. Siedziałam w pokoju na łóżku i szydełkowałam chustę. Zabrałam bowiem ze sobą kilogram czarnej włóczki w ramach protestu, że musiałam jechać tam z rodzicami. Uciekałam po prostu w szydełko jak w emigrację wewnętrzną. A przy okazji - uznałam - zrobię sobie chustę, którą będę miała na stare lata!

      Tak więc, gdy siedziałam na tym łóżku i szydełkowałam, ktoś zapukał. Wszedł ON i powiedział, że chciałby sie ze mną pożegnać. Rzucił się na mnie i zaczął całować... Potem tak nagle, jak się rzucił - wyszedł z pokoju...

      Wczoraj wyrzucałam z domu stare poduszki, które walały się gdzieś w pawlaczu. Zaznaczyć tutaj pragnę, że przez te lata przeprowadzałam się, krążąc po Polsce i nie tylko, kilkanaście razy. Postanowiłam sprawdzić, co w nich jest i prułam jedną po drugiej. Różnymi bowiem rzeczami wypychałam kiedyś poduszki. I tak natrafiłam na chustę. Tak - tę samą chustę, którą szydełkowałam prawie 42 lata temu! Zachowała się w stanie nienaruszonym. Wyprałam, wysuszyłam i mam. Na stare lata.

      to właśnie ta chusta

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Chusta”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      środa, 17 maja 2017 21:08

Kanał informacyjny