Z pamiętnika geriatryka

Wpisy

  • środa, 20 lutego 2019
    • Koooooochana służba zdrowia!

      

      Dzisiaj się po prostu wściekłam! Mąż miał na dzisiaj planowane przyjęcie do szpitala na chirurgię. Z klamotami zameldowaliśmy się na izbie przyjęć w tłumie o godzinie 9.00 (mąż oczywiście na czczo) i tak czekaliśmy na lekarza, przyjęcie, cokolwiek do godziny 12.00. Wtedy to pani doktor raczyła poinformować nas, że dzisiaj męża nie przyjmie z powodu braku miejsca… I wyznaczyła następny termin na 19 marca…

      Wyleciałam z tej izby przyjęć jak burza, bo za chwilę zaczęłabym bluzgać, albo cokolwiek gorszego. Ciśnienie mi się podniosło, gorąco się zrobiło i ubierałam się już przed budynkiem, czekając na męża, który zbierał jeszcze manatki…

       

      izba przyjęć


      2:0 w meczu służba zdrowia:my - pierwszego gola strzeliła nam już bowiem nasza kochana służba zdrowia 7 lutego. Wtedy to po czterogodzinnym oczekiwaniu na planowe przyjęcie do szpitala w celu zoperowania mojego kolana (ja oczywiście na czczo!), pan doktor stwierdził, że nie ma dla mnie miejsca na oddziale… Dobrze, że nie odesłałam znajomych, którzy mnie tam dowieźli samochodem (wracała bym prawie dwie godziny dwoma autobusami z torbą i dwiema kulami)...

      Na pocieszenie dostałam nowy termin (8 marca) i zapewnienie, że chce mnie operować sam pan ordynator… ha, ha...

      Po dzisiejszym mam poważne wątpliwości, czy aby na pewno ten 8 marca będzie już ostatecznym terminem.


      W tzw. międzyczasie i moja córka 1 lutego urodziła Marysię. Tu też nasza służba zdrowia się popisała nad wyraz i “nagrodziła” moją córkę za jej zachciankę, żeby rodzić naturalnie. Nie dosyć, że “nie zdążono” jej podać znieczulenia, to jeszcze po porodzie musiała 5 godzin siedzieć na porodówce (dziecko zabrano na noworodki), bo nie było dla niej łóżka na sali! Bo łóżka musiały być dla pań po cesarkach (na termin), które zjeżdżały z sali operacyjnej jak z taśmy. I nie pozwolono jej nawet iść do dziecka - czekała na łóżko!


      wnuczka

       

      Mania oczywiście jest prześliczna i babcia zakochała się od pierwszego wejrzenia! Babsko z niej duże, ale - co się dziwić, skoro tatuś Mani ma ponad 2 metry?

      Już zakupiłam włóczkę i materiały na Maniowe kiecki i sweterki. Na początek pójdzie kiecka, sweterek i czapeczka - do chrztu (w wielkanoc) oczywiście.

      Moje to siódme wnuczę, ale można sobie wyobrazić, jak szaleje druga babcia - to jej pierwsze i jedyne wnuczę - tam się dopiero dzieje!


      Trochę się uspokoiłam…

      To zabieram się znowu do czytania, bo to, co się wypożyczyło samo się nie przeczyta… ;)))

       

      książki styczeń 2019

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Koooooochana służba zdrowia!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      środa, 20 lutego 2019 23:09
  • piątek, 25 stycznia 2019
    • Podcięto mi skrzydła...

      

      Nie pamiętam już tak trudnego okresu w moim życiu, jaki w tej chwili przechodzę.

      Cały styczeń jest dla mnie bardzo ciężki i wszystko idzie jak po grudzie.


      Mąż ma jeszcze pozostałości bólowe po swojej chorobie i chyba nie pomaga fakt, że udało mu się jakoś skończyć tę 80-tkę (szczęśliwie goście dopisali!).


       

      tort męża


      Na dodatek odezwała mu się jego przepuklina pachwinowa, którą hodował przez lata, bo mu nie przeszkadzała… Od 2 tygodni zaczęła mu wybitnie przeszkadzać, bo boli i wyłazi taki balon… Od razu poszedł do lekarza i (oprócz środków przeciwbólowych i skierowania na usg) dostał skierowanie do szpitala na zabieg. Zeszłej soboty nawet spędziliśmy miły wieczór na SOR-ze, bo ból był większy, zaparcia i spuchło - mąż wciągał kroplówkę do żyły, ja liczyłam krople.

       

      na sorze

       

       

      Niestety - do szpitala go nie przyjęto, bo (po usg) nie stwierdzono jeszcze zagrożenia życia. I polecono zapisać się na planowaną operację. Ma termin na 20 lutego… Z tym, że - gdyby bolało i jeszcze mocniej wywaliło - zgłosić się na SOR ponownie...

      Przypominam, że ja mam termin na kolano na 7-go. Moja córka ma termin porodu jutro.

      Super kumulacja!!!


      Mąż nie może dźwigać - zresztą - chodzi obolały i łyka prochy, nie ma żadnej ochoty na jedzenie. Jest naprawdę uciążliwy.

      Ja mam teraz za swoje - z tym moim bolącym kolankiem kuśtykam po zakupy, krzątam się po kuchni i coś tam nawet gotuję (ale bez przesady, bo kto to ma jeść?). I robię dobrą minę do tej gry… A dzisiaj nawet się sprężyliśmy i rozebraliśmy w końcu choinkę.

      Wczoraj poszłam po rozum do głowy i zamówiłam trochę ciężkich rzeczy (mleko, wodę, soki)  z Tesco z dostawą do domu. Przeliczyłam mężowi, że nie przepłacimy i dał się przekonać. Wózek na zakupy jest w naszym przypadku bezużyteczny, bo trzeba go z zakupami wciągać do autobusu i potem po schodach.


      Generalnie stary rok się skończył i nowy zaczął dla mnie w paskudnym stanie psychicznym.

      Na pewno duży wpływ na ten mój stan miał także przykry dla mnie fakt, że musiałam mocno zrewidować swoje plany na przyszłość. Niby powinnam to przełknąć gładko, bo to już będzie przecież mój plan E, ale tym razem zostałam ostro zaskoczona - stąd mój żal i rozczarowanie. Jak to mówią: chcesz liczyć, to licz na siebie!


      byłam aniołem

       

      Wszystko mnie teraz wkurza, jestem przewrażliwiona z powodu natłoku informacji. Wyautowałam się (chyba tymczasowo, ale nie jestem pewna) z FB, czuję wstręt na samą myśl o wejściu na instagram…

      Podejrzewam, że także tutaj przestanę bywać, bo drażni mnie aktualnie w zasadzie wszystko, co sprawia, że mam kontakt (jakikolwiek, nawet jednostronny, a może tym bardziej?) z innymi.


      Mam dużo książek do przeczytania, mnóstwo filmów do obejrzenia - jakoś wytrwam. Byle do wiosny!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Podcięto mi skrzydła...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2019 23:01
  • niedziela, 06 stycznia 2019
    • Nie mam czasu

      

      Na pisanie. Tak to jakoś szybko mija - najpierw święta, potem nowy rok i już kolejny tydzień za nami.

      Tuż po świętach pofatygowałam się do szpitala, gdzie byłam umówiona na dogadanie terminu operacji kolana. Bałam się, że to będzie zaraz po nowym roku, ale nie - termin wyznaczono mi na 7 lutego. Mam więc jeszcze miesiąc na pozałatwianie różnych spraw.


      Żebym nie myślała, że będzie lekko - przez całe święta krwawiłam, więc udałam się do mojego gina. Myślałam, że to znowu przerost endometrium... Wybadał mnie dokumentnie, zabrał nawet do swojego szpitala na dokładne usg i stwierdził, że wszystko jest w doskonałym stanie. Pojęcia nie ma, skąd to krwawienie… Za to ustaliliśmy, że po mojej operacji na kolano, jak już będę mogła się jakoś poruszać - czyli koło kwietnia - zrobi mi ten zabieg na nietrzymanie moczu. No, niby też badania ubiegłoroczne wykazały, że tam jest wszystko super, ale problem pozostał i czasem (gdy kicham czy kaszlę) dokucza.


      Dodatkowo w trakcie jedzenia noworocznej sałatki jarzynowej, ułamał mi się kawał zęba. Co prawda to 7 i to od tyłu, ale dość nieprzyjemnie, bo raniło w język, a i zapasy jedzenia się zbierały ;))) Pierwszy wolny termin u mojego pana doktora był w piątek, ale było miło i bezboleśnie (oczywiście nie dla kieszeni).

      Aby atrakcji nie było dosyć, mój małżonek podłapał gdzieś paskudnego wirusa i ostro choruje. Dla mnie jest to o tyle uciążliwe, że nie dosyć, że muszę gotować, to jeszcze muszę robić zakupy. A chodzenie nie jest teraz moja najmocniejszą stroną.  No i ten facet w domu marudzący… to straszne…


       

      Najśmieszniejsze jest to, że od dłuższego czasu planowałam mu na tę niedzielę niespodziankę. Mąż mój bowiem jutro kończy 80 lat. Zaproszeni byli na dzisiejsze popołudnie goście (w ramach tej niespodzianki) na tort i szampana. Tort zamówiony - trzeba było odebrać i wsadzić do zamrażarki, a goście zostali odwołani i mają przyjść za tydzień. Mam nadzieję, że do tego czasu mąż wydobrzeje.

      Dzisiaj znajomi podali tylko dla niego piękny bukiet:


      na 80 urodziny


      Zresztą moja córka też przeziębiona i żre nałogowo czosnek, bo nic innego nie może zrobić. Za 18 dni ma termin porodu i mam nadzieję, że urodzi zanim ja pójdę na operację. Może zdążę jeszcze ponosić chociaż trochę Marysię. Córka się już bardzo niecierpliwi, ale mówi, że jeszcze wstrzymuje ją trwający od listopada remont w domu… Jak tylko skończą, to jedzie na porodówkę i już!


      Zgodnie z daną sobie obietnicą, uzupełniłam i prowadzę na bieżąco bloga kartkowego. Wybrałam też (jak co roku) 100 najpiękniejszych zdjęć z roku, dałam je do zrobienia i chronologicznie powkładałam do albumu. Zabrałam się też za pisanie ciągu dalszego swoich wspomnień, chociaż muszę przyznać, że idzie mi to jak po grudzie. Chciałabym jednak to kontynuować, żeby coś po mnie zostało kiedyś… Poza tym to świetne działanie terapeutyczne - no i poniekąd podsumowanie przeszłości. Dobrze mi idzie to pisanie wtedy, gdy nie muszę się od tego odrywać. Niestety - tak się nie da, a potem zabrać się znowu trudno...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Nie mam czasu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 stycznia 2019 18:16
  • czwartek, 20 grudnia 2018
    • Jeszcze nie odwołali świąt?

      

      Ha! Ale wydaje mi się, że w końcu w przyszłym roku odwołają. Mój Pan Mąż w końcu chyba dojrzał do tego, żeby ten piękny, świąteczny czas spędzać gdzieś na wyjeździe. Chyba też już go zmęczyło to szykowanie, kupowanie itd. Tak, że w przyszłym roku będę łapać okazję na jakiś wyjazd świąteczno-noworoczny - może na jakiejś egzotycznej plaży?


      A tymczasem u nas przygotowania zupełnie lajtowe. Już dawno temu zrobiłam uszka i pierogi - czekają w zamrażarce. Mam gotową zamrożoną grzybową i barszcz. Upiekłam pierniczki (które dzielnie lukrowała ze mną moja druga wnuczka Jula), ciasteczka owsiane i kruche. Mąż zrobił bigos, śledzie, a w sobotę pewnie kupi i sprawi karpie. Mnie zostały tylko kluski do maku - nakroję jutro, a w sobotę upiekę sernik i keks. Jeszcze tylko sałatka jarzynowa i tyle będzie roboty.


      ciasteczka pierniczki jeszcze nie polukrowane

       

      tegoroczne uszka i pierogi


      Jeżeli chodzi o porządki, to się nie wysilaliśmy zwłaszcza, że ostatni tydzień byliśmy przeziębieni, a zdrowie ważniejsze od czystej chałupy…


      Znowu namiętnie czytamy. Wypożyczyliśmy z biblioteki wszystko Mankella i zagłębiamy się w śledztwa z komisarzem Wallanderem. Uwielbiam tego bohatera! Wszystko się świetnie czyta, chociaż trochę za szybko... zostały mi jeszcze tylko 3 tomy…


      Wybrałam się też do kolejnego w moim życiu ortopedy. Zgodnie z zasadą, że - jak pójdziesz do dobrego lekarza i dalej boli, to idź do jeszcze lepszego. Zapłaciłam za wizytę 200 zł, ale za to bez wysilania się mam zaplanowany początek przyszłego roku. I pewnie jego dalszą część także. Doktor obejrzał moje aktualne zdjęcia kolanka, kazał mi się wypisać z kolejki oczekujących na wymianę stawu kolanowego i przyjść do niego, do szpitala zaraz po świętach, gdyż wyznaczy mi termin zabiegu, który brzmi tajemniczo: UKR. Uważa on - ten doktor - że jest w stanie tą metodą jeszcze naprawić mi kolano przynajmniej na dobrych parę lat. W końcu i tak czeka mnie kiedyś wymiana, ale na razie… po co mam cierpieć… Nawet nie zaordynował mi żadnych zastrzyków, żeby nie paprać tam w środku przed zabiegiem, a z czego właśnie wnoszę, że zamierza się za to zabrać niebawem… Oczywiście - nie byłabym sobą, gdybym od razu nie sprawdziła, na czym polega to UKR. I jestem bardzo za!



      A doktor sympatyczny bardzo i nawet nie czepiał się mojego brzuszka… Może dlatego, że sam miał swojego trochę za wiele?


      Ten rok zaczął się zabiegiem na kolanko w jednym szpitalu, a następny zacznie się znowu zabiegiem na to samo kolanko w innym szpitalu. I potem znowu rekonwalescencja… To zaczyna być nudne… ;)))  A przecież za 5 tygodni mamy powitać moją kolejną wnuczkę Marysię! Babcia będzie lulać dziecko tylko na siedząco? Tak chyba wypadnie.


      A - i narkotyzuję się ostatnio namiętnie czymś takim:



      Nie wiedziałam, że lubię tego rodzaju muzę. A nawet bardzo lubię.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Jeszcze nie odwołali świąt?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 grudnia 2018 00:43
  • niedziela, 09 grudnia 2018
    • Podsumowanie (w końcu) wyjazdu

      

      Wyjazd na Teneryfę zorganizowałam pod koniec stycznia dość spontanicznie. Po prostu nagle znalazłam odpowiedni hotel i szybko zaszantażowałam męża ;))), żeby się zgodził na wyjazd. Wpłaciłam zaliczkę i szlus!


      Miało być ciepło pod koniec października (mogliśmy wyjechać dopiero po 7-ym ze względu na wesele, na którym miała być Przyjaciółka), miało być na 2 tygodnie i miało być z polskiego lotniska (najlepiej z Poznania, bo najbliżej). Tym razem jednak mieliśmy spróbować wersji all inclusive, żeby nie zabierać ze sobą żadnego żarcia. Szperałam po tych wszystkich biurach podróży, zwłaszcza skupiając się na tych najbardziej znanych, aż w końcu wyszperałam pobyt w hotelu Be Live Experience Orotava w Puerto de la Cruz.


      nasz hotel

       

      Wyczytałam, że hotel stary, “dla geriatryków”, ale za to ze świetnym położeniem blisko oceanu, kompleksu kąpielisk i ciągów handlowych. I ma dostęp do darmowego wi-fi w całym hotelu. To zdecydowało, bo pamiętałam, ile musiałam dopłacić za internet po pobycie na Majorce… Dodatkowo okazało się, że miałam farta, że hotel jest położony nisko, tuż koło oceanu. Przekonaliśmy się o tym idąc do ogrodu botanicznego - daleko nie było, ale droga pięła się bardzo stromo pod górę i prowadziła koło innych hoteli, które były na mojej liście wyboru. Pobyt w którymś z nich byłby dla mnie udręką, bo ciągle trzeba by było się wspinać…



      Mąż, po powrocie, po podliczeniu wszystkich kosztów stwierdził, że ta wyprawa kosztowała nas mniej niż na zeszłoroczną Majorkę. Oczywiście nie wliczał tych wszystkich wycieczek, bo to dodatkowe wydatki (czyli nie przymusowe). Nie wliczał też pamiątek, które kupiliśmy tam i przywieźliśmy do domu.


      Pokój nie był rewelacyjny, bo do takiego dla dwóch osób wstawiono trzecie łóżko - było więc ciut ciasno. Ciasno było też w szafie - część rzeczy trzeba było trzymać w walizkach.


      nasz dwuosobowy pokój dla trzech osób


      Jednak tym razem bardzo mało czasu spędzaliśmy w pokoju, bo - mając opcję all inclusive - wolny czas spędzaliśmy przy barach, sącząc drinki… Korzystaliśmy też z basenu i przybasenowej “patelni”, gdzie także sączyliśmy drinki… Poza tym dużo czasu spędzaliśmy także w stołówce na posiłkach, do których podawano wino… Oczywiście - prawie co drugi dzień byliśmy na jakiejś wycieczce.

      Poza tym wszędzie było czysto. Ręczniki pani zmieniała codziennie, pościel po tygodniu. Nie było na co narzekać. Tutaj także - podobnie, jak na Majorce - nie zauważyliśmy żadnych podejrzanych owadów.

      W hotelu mnóstwo Hiszpanów, ciut Niemców i dużo Polaków. I to wcale nie geriatrycznych - my chyba byliśmy (z Polaków) najstarsi. Wszyscy się świetnie bawili, tańczyli, chodzili na spacery, na wycieczki.

      Jedzenie było dobre i dość urozmaicone, ale ja prawie codziennie jadłam ich ziemniaczki gotowane w skórkach w mocno osolonej wodzie z ichnimi sosami. Zamiast chleba za to zajadałam się churrosami i croisantami. W ilościach minimalnych, ale skutecznie. Po powrocie okazało się, że przytyłam 2 kg!


      ichnie ziemniaczki z ichnimi sosami

      Byliśmy także raz w polecanym tamtejszym barze na regionalnej kawie pt. barraquito. To taka kawa z alkoholem, podawana warstwami. Wygląda pięknie i smakuje obłędnie! A do tego ten podawacz!!! ;)))


      kawa z Teneryfy

       

      Podsumowując i porównując (i to jest moje subiektywne porównanie):


      Teneryfa jest prześliczna i bardzo urozmaicona. Dla młodego, zdrowego człowieka są tam niezmierzone tereny do eksploracji (góry Anaga, wąwóz Masca, park narodowy Teide) - jest się gdzie tam powłóczyć w pięknych okolicznościach przyrody. Do tego przez okrągły rok, bo nawet zimą tam jest ciepło! Na północy jest chłodniej i bardziej wilgotno, na południu sucho i bardziej gorąco. Dla każdego coś miłego.

      Plaże (oprócz kilku) czarne, z dziwnym piaskiem. I to jeszcze nie jest takie najgorsze. Gorsze jest to, że wykąpać się w oceanie jest tu trudno. Po prostu fale są przeraźliwie silne i potrafią przewrócić człowieka. A wkoło pełno głazów i kamieni… Raj tam jest raczej dla miłośników surfingu - oni mają tam warunki cały czas! Zwykłym plażowiczom zostają baseny przyhotelowe i kompleksy basenów - rewelacyjne zresztą.


      Na Majorce teren także jest bardzo zróżnicowany, ale północ niewiele się różni klimatem od południa. Na północy nie byliśmy, ale wybrzeże południowo-wschodnie tej wyspy skradło moje serce. Do tej pory ciepło wspominam te urokliwe zatoczki ze spokojną, słoną i  przejrzystą wodą z piaszczystymi plażami, pachnące pinią. Gdzie można było zawsze bezpiecznie wejść do wody, żeby popływać.

      W samym hotelu Cala Gran warunki były dużo lepsze (dla 3 osób były 2 pokoje ze wspólną łazienką) i położenie hotelu (50 m od plaży) także było idealne. Myślę też, że obsługa hotelu bardziej przyjacielska, życzliwa i pomocna. Miasteczko (Cala D’or) bardzo sympatyczne, takie przytulne i czyste.


      Gdybym miała jeszcze raz wyjechać na Majorkę lub Teneryfę, to bez wahania wybrałabym Majorkę. Ale tylko dlatego, że na Teneryfie zobaczyłam już wszystko, co było do zobaczenia. A odpoczywać wolałabym na Majorce. Chociaż nie spodziewam się. Jest jeszcze tyle innych miejsc do zobaczenia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Podsumowanie (w końcu) wyjazdu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 grudnia 2018 22:51