Z pamiętnika geriatryka

Wpisy

  • sobota, 17 lutego 2018
    • Będę marudzić

      

      Już dawno nie narzekałam, więc dzisiaj to (z pewną przykrością) zrobię. Nie jestem taką osobą, która by się skarżyła na swój los, ale - przyznam - czasem przydałby mi się taki rękaw do wypłakania i wysmarkania.  Mąż się zupełnie do tego nie nadaje, bo on ma taki charakter, że stale zadowolony (przecież najważniejsze to mieć ciepło, mieć co jeść i być zdrowym - a to ma) i nie rozumie użalania się nad sobą. Wszelkie przyjazne dusze daleko, a przez telefon to nie jest to…, bo i przytulić do życzliwej osoby by się przydało, i jakieś głaski byłyby potrzebne... I tak człowiek ze swoimi żalami zostaje sam jak palec.


      pomocne ramię


      A czasami to już naprawdę brakuje mi do siebie cierpliwości. Bo chodzę ostatnio taka jakaś rozmemłana (psychicznie, nie fizycznie), jak mnie jedno przestanie boleć, to zaczyna drugie, nie mogę się z tym pogodzić. W lustro staram się nie patrzeć, ale zmarchy coraz głębsze (zwłaszcza te lwie) i naprawdę nadają mojej twarzy coraz groźniejszy, parszywy wygląd. Do tego te włoski wyrastające w nieraz bardzo zaskakujących miejscach...

      Skóra (na całym ciele) wysusza się okropnie i nie pomagają tony balsamów nawilżających i kremów. Włosy zawsze miałam liche, ale teraz to już przeszły same siebie! Dobrze, że jakiś czas temu zdecydowałam się na tę krótką fryzurkę, bo inaczej załamałabym się zupełnie… Wczoraj zaszalałam i w przypływie rozpaczy potraktowałam je niebieskim szamponem - teraz wyglądają przynajmniej oryginalnie ;)))

      Trochę radości daje mi też patrzenie na moje pazury, co 5 tygodni systematycznie odnawiane przez moja panią manikiurzystkę. Tym razem poprosiłam o jasne i radosne kolory, do rozpędzenia tego mroku, który mam w środku. Aktualnie mam takie:


      pazury luty 2018

      Przejście o jednej kuli (dla bezpieczeństwa i odciążenia lewego kolanka) 300 m w jedną stronę zajęło mi 15 minut i kosztowało dużo siły. Nie da się ukryć, że kolano mnie boli i to bardziej niż przed artroskopią. Może i powinnam wychodzić z domu i ćwiczyć to chodzenie, ale teraz? w zimie??? I tak, bez żadnej kondycji, męczę się okrutnie.

      Do tego boli mnie lewy nadgarstek, a także w środku dłoni, na wysokości linii życia, tak jakbym miała tam wybite. Niemożliwe, żeby od kuli, bo chodzę o kuli bardzo mało, tyle co na zewnątrz. W domu poruszam się bez. A ręka boli bardzo. Cieśń nadgarstka podejrzewałabym, gdyby to była prawa, ale lewa? od czego???

      Wypadałoby zrobić sobie znowu zdjęcie i znowu zarejestrować się do… ortopedy. Ale nie mam siły. I tak muszę w przyszłym tygodniu iść do niego na zastrzyk z kwasu do tego kolana. Ale na dłoń musiałabym się zarejestrować osobno, na niewiadomokiedy, oczywiście po uprzednim uzyskaniu skierowania od rodzinnej. To ja na razie podziękuję. Może rozpędzę ból moimi cudownymi chińskimi plastrami…


      A propos ćwiczeń: koleżanka moja, 9 lat młodsza, bardzo szczupła i bardzo (wg mnie przesadnie nawet) dbająca o siebie zaczęła chodzić na ćwiczenia. Dzisiaj zadzwoniłam do niej, a ona ledwo żyje. Siadł jej kręgosłup w czasie tych ćwiczeń, nie może siedzieć ani leżeć, może tylko chodzić. Bierze jakieś zastrzyki w kręgosłup, ale pracuje, bo w pracy jest niezastąpiona (no i przecież może chodzić). Tak - trudno się pogodzić z tym, że jesteśmy coraz starsze. I nawet dobra figura tu nie pomoże. Organizm się zużywa i ma w nosie, czy ćwiczymy czy nie. Myślę, że najwięcej zależy od genów. Ludzie nieraz odżywiają się niezdrowo, piją, palą i dożywają setki… Nie ma reguły…


      Myślę, że na mój minorowy nastrój ma także moja rozmowa z inną koleżanką (zresztą z tego samego miasteczka, co poprzednia) sprzed kilku dni. Koleżanka (młodsza o rok) wyznała mi, że się nie odzywała, bo ma raka złośliwego. Niby coś tam jej wycięli i jest już po pierwszej porcji chemii, ale co będzie? Całymi latami wydawało jej się, że ma coś z wątrobą, brała leki. Poza tym wyniki miała wszystkie super, a ta wątroba ciągle bolała. Jak  zrobili jej w końcu usg, to od razu ją położyli do szpitala i okazało się, że rak i to nie wątroby, a raczej pęcherzyka żółciowego. Najlepsze jest to, że wyniki ma nadal super!

      Rozmowa nasza nie była raczej wesoła, chociaż koleżanka jest bardzo pozytywną osobą i myśli bardzo optymistycznie. Jednak uświadomiło nam to, jak kruche jest życie i jak to nigdy nie wiadomo kogo z tej półeczki weźmie…


      A tak poza tym, to kaszel mi już przeszedł. Dał mi do wiwatu strasznie, ale udało się go poskromić. Ciekawe, co przyniosę do domu w przyszłym tygodniu z kolejki do ortopedy znowu…


      Jutro idziemy (z okazji walentynek) z mężem, córką i zięciem na występ Halamy - może to mnie trochę rozbawi. Czego sobie serdecznie życzę.


      Halama - jak ja go rozumiem

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Będę marudzić”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      sobota, 17 lutego 2018 14:37
  • piątek, 09 lutego 2018
    • Wiem - rozleniwiłam się

      

      Ciągle znajduję sobie jakąś robotę w domu. Do pisania jakoś mnie nie ciągnie. Bo i już wieczorem, gdy zmęczona siądę przed laptopem, mogę tylko czytać.

      Wczoraj był tłusty czwartek. I znowu wkurzyłam mojego męża, bo gdy on pojechał po pączki - ja w domu napiekłam drożdżówek z makiem i serem.

      Ja wiem, że to głupie, ale akurat wtedy dostałam weny na pieczenie. A ponieważ miałam jeszcze zamrożony mak z dodatkami od wigilii, który czekał na moje zmiłowanie - właśnie wczoraj go wykorzystałam.

      Dużo tego nie wyszło, większość zamroziłam po ostygnięciu. Teraz będę wyjmowała z zamrażalnika, odmrażała, zagrzewała lekko w mikrofali i podawała do kawy. Smakuje wtedy jak świeże, prosto z piekarnika.

      Wolę coś takiego niż jakiekolwiek ciasteczka. Moje drożdżówki są nie za słodkie, a już te z serem to rewelacja! Mój mąż się wścieka (no, może wściekał raczej, bo już mu przechodzi!), że mogłam to upiec np. w przyszłym tygodniu, a nie wtedy, kiedy on do domu przytachał kilo pączków. On nie rozumie, że w przyszłym tygodniu, to ja może nie miałabym ochoty na pieczenie. Musiałam wykorzystać wenę wczoraj i już!!!


      drożdżówki


      Tydzień temu rozebraliśmy też choinkę. Zawsze stoi u nas tak długo, ale w tym roku szczególnie nie mogliśmy się zabrać do jej rozbierania i likwidowania dekoracji świątecznych ze względu na moją nogę/kolano. Mąż musiał się właściwie sam z tym bawić, według moich wskazówek pt. gdzie, co składać i układać. Przy okazji udało mi się przekonać męża do kupienia nowej (sztucznej) choinki na przyszłe święta. Połowę mniejszej niż ta, którą mamy obecnie. Będzie można ją postawić na komodzie (sięgnie do sufitu) i będzie można ją wtedy składać z lampkami, do wora i do piwnicy. To by wyglądało mniej więcej tak:


      choinka na komodzie

       

      Po tym wszystkim okazało się, że w domu jest syf i malaria. Zabraliśmy się więc do generalnych porządków we wszystkich kątach - łącznie z trzepaniem dywanów dywaników, przy czym i ja robiłam, co mogłam. Dodam, że do czyszczenia kuchni zgłosiła się moja córka, za co jestem jej ogromnie bardzo wdzięczna [ogromnie kojarzy mi się z prezydentem, który zawsze wszystko ogromnie...]. Gdyby jeszcze wymyć okna, to mogłabym powiedzieć, że porządki wiosenne (!) mam z głowy! ;)))

      Zabrałam się także za niszczenie dokumentów firmowych. Co roku z ulgą niszczę kolejny rok i  utęsknieniem czekam, kiedy znikną one z moich półek całkowicie (w 2022 r.). Tych papierów jest bardzo dużo i zajmują mnóstwo miejsca. Ale tak naprawdę to musiałabym i inne rzeczy z tej mojej szafy wywalić, ale do tego jakoś zebrać się nie mogę. Może kiedyś…

      Dojrzałam za to w końcu do postanowienia, że pozbędę się z domu przydasi szyciowych. Mam mnóstwo różnych tasiemek, guzików, naszywek, łatek, nici i innych różności, które zbiorę do pudła i oddam koleżance córki, która jest jeszcze młoda, ma małe dzieci i szyje amatorsko. Niech ma. Może wykorzysta, bo ja już na pewno nie.


      Ferrante


      W tzw. międzyczasie oczywiście czytam i w zeszłym miesiącu “przerobiłam” cykl Eleny Ferrante. Było ciężko, bo pobyt w szpitalu nie sprzyjał jakoś czytaniu, potem też trudno było się wciągnąć, ale jakoś przebrnęłam. Dawno mi czytanie nie szło tak opornie, jak w przypadku tej serii.  I znowu przekonałam się, że tak naprawdę pożeram z przyjemnością tylko thrillery lub kryminały. Już zamówiłam sobie następną partię w naszej bibliotece.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Wiem - rozleniwiłam się”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      piątek, 09 lutego 2018 15:15
  • wtorek, 30 stycznia 2018
    • Tęsknoty i marzenia

      

      Wczoraj zadzwoniła do mnie moja była przyjaciółka. Była, bo kilka lat temu przestało mi się podobać, że nasze relacje są bardzo jednostronne. Kiedyś tak nie było, ale ja nie o tym…

      Zadzwoniła, bo dowiedziała się, że jedna z moich bardzo dobrych koleżanek (którą zna także) była w zeszłym roku na Bali. I to dwa razy! I jak to tak, ona też by chciała i jak teraz tamta będzie znowu tam leciała, to ona sie zabierze z nią, bo ona też chce na to Bali. I co ja na to Bali i czy nie planuję…

      Moja bardzo dobra koleżanka (wszystkie mieszkamy w różnych miastach) ma 49 lat, jest zdrowa,  niezależna (tzn. nie ma męża, ma dorosłe dzieci), ma dość dużo kasy i pracę, którą może zwinąć z dnia na dzień. Jak jej się zamarzyło jechać do Brazylii w 2009 roku, to rzuciła wszystko i poleciała na dwa tygodnie.


      Brazil 2009

       

      Jak sobie wymyśliła w zeszłym roku podróż na Bali, to poleciała na wiosnę na miesiąc, a potem jeszcze w październiku na kolejny miesiąc (bo spodobało jej się tam i za pierwszym razem jeszcze wszystkiego nie zobaczyła). Leci zresztą kolejny raz znowu na wiosnę.  Koleżanka podróżuje sama, z bardzo podstawową znajomością angielskiego i jest bardzo odważna.


      Bali 2017


      Nigdy jej nie zazdrościłam, bo to tak, jakby stary hipopotam zazdrościł młodej żyrafie - każdy ma swoje ograniczenia i pole do popisu. Ja nie zaryzykuję swojego zdrowia (całonocny lot, klimat), ale mogę przecież jeszcze latać na krótkich dystansach i w inne rejony.

      Różne są modele podróżowania i różnie ludzie realizują swoje plany. A tak naprawdę moim marzeniem są krótkie wypady w ciekawe miejsca. Nie muszę gdzieś siedzieć tygodniami. Chodzi tylko o poczucie, chwilowe zachłyśnięcie się zapachem, kolorami natury, fakturą piasku. Bo też w takich wyjazdach raczej o kontakt z naturą mi chodzi - architekturę starą i nową mogę podziwiać na zdjęciach w necie.

      Marzy mi się wypad na Islandię, by zobaczyć zorzę polarną. Chciałabym także, aby mi kiedyś w Norwegii “fiordy z ręki jadły”. Marzę o zanurzeniu się wśród tych zapachów i kolorów w Kizlaragasi Han Bazaar w Izmirze (chociaż zakupów nie lubię), spędzeniu chociaż dnia na bajecznej plaży Shipwrec Cove na Zakynthos…


      zatoka wraku

       

      To wszystko leży w granicach moich możliwości, bo - wbrew pozorom - takie krótkie wycieczki można zorganizować tanio, polując na tanie loty. Rozczytuję się w blogach podróżniczych, zapisuję pomysły, notuję, podpatruję, jeżdżę palcem po GoogleMaps i planuję...


      Wiek nie jest ograniczeniem, póki się żyje i chce żyć. A i z balkonikiem podobno podróżować można. ;)))


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Tęsknoty i marzenia”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 stycznia 2018 16:52
  • poniedziałek, 29 stycznia 2018
    • Wycieczka całodniowa

      

      Na wycieczkę do stolicy wyspy mieliśmy jechać w trójkę. Ale w przeddzień wyjazdu mąż uznał, że jednak nie da rady i tym sposobem zaoszczędziliśmy 42,5 euro ;))) Obiecałam mu, że za to będziemy robić dużo zdjęć i będziemy filmować, co tylko się da.

      Rano podjechał piętrowy autokar z przewodniczką Kristiną, która na wstępie pytała wszystkich po kolei, w jakim języku mówią (my po polsku!). Okazało się, że ona będzie oprowadzała po niemiecku, hiszpańsku i francusku, a przy nas się tylko zaśmiała, ale powiedziała: dzień dobry!

      Najpierw podjechaliśmy pod Aqualand, gdzie wysiedli ludzie (najczęściej z dziećmi), aby kąpać się i bawić. Wracając zabraliśmy ich z powrotem do naszej miejscowości.


      Aquarium wita


      Następnym punktem wycieczki było Aquarium. Tu pewnym problemem mogło być dogadanie się co do godziny zbiórki przy autobusie po obejrzeniu tego obiektu, ale tu pomógł nam się porozumieć z Kristiną pewien Polak z Niemiec, który stał tuż za nami w kolejce do kasy. Potem już dałyśmy sobie radę same. Same potem kupiłyśmy też bilety na przejażdżkę łodzią ze szklanym dnem w basenie z rekinami (7 euro) i kawę (2 euro) w ramach odpoczynku po tych wszystkich atrakcjach.


      murena w ukwiałach

       

      rybki

       

      żółwik

       

      łódź ze szklanym dnem

       


      Dalej autokar jechał do Palmy. Tam nas zostawił na parkingu i mieliśmy czas do 16.00 na zwiedzanie, szoping i cokolwiek.


       

      widok na redę Palmy


      Weszłyśmy do katedry (7 euro od osoby) - obcykałyśmy ją i obfilmowałyśmy w każdym kącie.


      w katedrze

       

      baldachim Gaudiego

       

      mural z ceramiki

       

      Potem ruszyłyśmy uliczkami do najstarszego drzewa oliwnego.


      migawki z Palmy


      kilkusetletnie drzewo oliwne

       

      Po drodze zjadłyśmy przepyszne lody (1,7 euro za gałkę), kupiłyśmy parę pamiątek. Nigdzie nie miałyśmy problemów z porozumiewaniem się. W sklepie z oliwą nawet udało nam się “podyskutować” w kilku narzeczach  ;))) ze sprzedawczynią. Wybierałyśmy bowiem rodzaj oliwy do chleba (chciałyśmy najbardziej ostrą). Pani (dowiedziała, że jesteśmy z Polski) powiedziała, że jeden z ich pracowników jest Polakiem, ale dziś ma wolne.


      ostatni widok na katedrę


      O 18.00 byłyśmy już w naszym hotelu. Zmęczone całodziennym ganianiem w pełnym słońcu, ale zadowolone bardzo.


      Postanowiliśmy też, że na drugi dzień wezwiemy jednak do męża lekarza. Ból i opuchlizna nie przechodzą, a do wylotu pozostały 3 dni. Niech lekarz poradzi, co z tą jego nogą w czasie podróży.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wycieczka całodniowa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 stycznia 2018 14:24
  • niedziela, 28 stycznia 2018
    • Zaatakowały mnie mikroby

      

      Albo jakieś inne paskudztwa. Pewnie w przychodni, gdy byłam na kontroli i zdjęciu szwów. Władowałam się w tłumy i teraz mam za swoje. Już zapomniałam, jak się choruje. Ostatni raz tak miałam prawie 3 lata temu (sprawdzałam w kalendarzu), ale przeszło mi po całym dniu wyleżenia choróbska w łóżku. Tym razem męczę się już trzeci dzień (mam gorączkę, charczę, ale bez kataru!), a dzisiejsza noc była okropna. Dziś czuję się lepiej, ale - co będzie wieczorem? Najgorsze jest to, że bolą oczy - nie można pisać ani czytać. Leżeć też ciężko, bo bolą boki i  plecy...Do doopy taki interes!


      prawdziwa choroba


      Po mieszkaniu chodzę o kulach, bo doktor kazał oszczędzać to kolano, póki można. Powiedziałam doktorowi, że trochę się puszczam, to się zaśmiał tylko, że to sprawa między mną i mężem i on nie ma nic do tego...

      A takie chodzenie o dwóch kulach to tak, jakby człowieka w ogóle w domu nie było, bo co to za przemieszczanie się, skoro nic nie możesz przy okazji przenieść. O wszystko musisz prosić.

      Spojrzałam dziś na szafki kuchenne, pomacałam i się przeraziłam - tyle zależałego brudu to już dawno u mnie nie było! Ale - co się dziwić? Mój mąż owszem, odkurzy odkurzaczem, ale kurz na meblach, ten syf na szafkach - on tego w ogóle nie widzi… A to wszystko narasta i się utrwala, zwłaszcza w kuchni. I znikąd pomocy...

      Gdyby ktoś nie wiedział, dlaczego w mieszkaniach starych ludzi tak charakterystycznie capi, to służę informacją: taki właśnie zależały brud, tłuszcz zbiera te wszystkie niemiłe zapachy. Do tego dochodzi pot ubrań wierzchnich, często wiszących w przedpokoju. Ludzie przyzwyczajają się do tych “swoich” zapachów i nie wiedzą, że to zwyczajnie śmierdzi. No i brak wietrzenia mieszkań... Stały zaduch także przyczynia się do tego, że w takim mieszkaniu nie jest miło… U nas jest tak, że ja otwieram okno, a za chwilę mój mąż zamyka. I nie sposób mu wytłumaczyć… No i ja jeszcze (na szczęście) nie zatraciłam węchu...


      fragment naszej choinki


      No i choinka z resztą dekoracji jeszcze jest w domu. Mieliśmy ją sprzątnąć w piątek, ale się rozłożyłam i kicha! Nie powiem - ładna jest i mi nie przeszkadza, ale do następnych świąt ją trzymać to już chyba gruba przesada? ;)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Zaatakowały mnie mikroby”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      r.lisiecka
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 stycznia 2018 18:13